Czwartek, 01-12-2022
agrolajt.pl - logo menu

Rolnik dokłada 160 zł do jednego prosiaka. Straty idą w setki milionów!

Dodano: 19-10-2021 16:35:37

fot. Anne Burgess / Wikipedia / CC BY-SA 2.0

agrolajt.pl - Rolnik dokłada 160 zł do jednego prosiaka. Straty idą w setki milionów!

 

Każdego dnia w Polsce 250 gospodarstw hodujących świnie rezygnuje z hodowli. W ciągu ostatnich 20 lat zniknęło już 700 tys. gospodarstw trzody chlewnej. Ostatnio hodowcy muszą dokładać nawet 160 zł do każdego prosiaka. Tradycyjna polska hodowla zanika, a polskie gospodarstwa przejmowane są przez zagraniczne korporacje. 

DROŻYZNA

“Sytuacja jest tragiczna”, “to jest dramat” - tak producenci mówią o dzisiejszej sytuacji, mierząc się z rosnącymi kosztami produkcji, za którymi nie idzie wzrost ceny. Na koszt jednego prosięcia składa się: wyżywienie lochy i prosięcia, inseminacja, prąd, woda, obsługa weterynaryjna i opłata pracownika. Po zliczeniu wszystkiego koszt jednego prosięcia wynosi ponad 250 zł. Ile dzisiaj za niego otrzyma rolnik? Około 100-120 zł.
 

Rolnicy na łańcuchu korporacji
 

Przy coraz niższych cenach i większych kosztach produkcji hodowcy likwidują, lub  ograniczają wielkość stada, albo decydują się na jeszcze jedno rozwiązanie - związanie z korporacjami. 

- Hodowcy dostają propozycje od Animexu, Gobarto i zaczynają dla nich produkować warchlaki, bo taki np. Animex jest w stanie odebrać z obojętnie jakiej strefy i zapłacić pieniądze, co prawda nie są to wysokie pieniądze, ale dają możliwość, żeby przeżyć i nic więcej, nie pozwalają rozwijać gospodarstwa - mówi w rozmowie z portalem Agrolajt.pl Michał Koszarek, rolnik z Wielkopolski.

- Wielu wcześniejszych odbiorców prosiąt związała się z firmami kontraktowymi ze względu na zbyt duże ryzyko, zbyt duże straty - dodaje Jarosław Wojtaszak przedstawiciel AGROunii na Lubelszczyznę. 

Co to znaczy związać się z korporacją? Rolnik zostaje wynajęty przez korporacje. Podpisuje on umowę i dostaje od firmy prosiaka, paszę, ma zapewnionego weterynarza. Sam zajmuje się jedynie opieką nad świniami, ponosi koszty energii i wody. Ma pewność, że zwierzęta zostaną od niego odebrane (kupione), czego nie mają dziś pozostali rolnicy.

- Dla wielu rolników to jedyny ratunek przed bankructwem. Tyle że to nie jest rozwiązanie, bo rynek zostanie przejęty kilka firm, a wtedy rolnik indywidualny, nie ma żadnych szans. Przez to dziś producenci niezwiązani z firmami mają problemy, bo nie mogą znaleźć odbiorcy - zaznacza Jarosław Wojtaszak. 
 

Koniec polskiego schabowego
 

W Polsce mamy ujemny bilans eksportu i importu, co oznacza, że więcej świń do nas przyjeżdża, niż sprzedajemy za granicę. Połowa schabowych na naszych stołach pochodzi z importu. Wynika to między innymi z tego, że firmy, z którymi rolnicy podpisują kontrakty, przywożą świnie z zagranicy. Niestety statystyki mogą być przekłamane, bo prosiak, który przyjeżdża np. z Danii, już po miesiącu staje się polskim prosiakiem. 
 

Dyktatura korporacji
 

Rolnicy obawiają się, że niedługo korporacje będą dyktować ceny, warunki, ale też to czy Polacy będą jeść drób, czy wieprzowinę.

- Rozwój tuczu nakładczego (związania się z korporacją) kompletnie eliminuje wolny rynek. To jest całkowite przejęcie rynku. Oni będą decydować o cenach, tak jak stało się w Hiszpanii. Oni będą regulować rynkiem i sami będą decydować, czy potrzeba nam więcej świń, czy jeszcze mają je sprowadzić zza granicy. Ryzyko jest takie, im więcej będzie chętnych na tucz nakładczy, to może się okazać, że będą mniej płacić za utrzymywanie zwierząt - zaznacza Jarosław Wojtaszak. 

We wspomnianej Hiszpanii obecnie istnieją już tylko potężne firmy, które podpisują kontrakty z rolnikami. Niemalże nie ma wolnego rynku, wszystko skupia się w rękach wielkich firm, eliminując przy tym tradycyjnych, indywidualnych rolników. 
 

ASF panoszy się od 7 lat
 

- Nie ma zbytu, niska cena i straty finansowe są bardzo duże - mówi o dzisiejszej sytuacji Andrzej Waszczuk, rolnik z Lubelszczyzny. 

To nie wszystko - w Polsce od 7 lat obecny jest afrykański pomór świń (ASF). Rolnicy od 7 lat muszą się więc liczyć z tym, że pojawienie się w pobliżu ogniska oznacza jeszcze większe kłopoty. Dostanie się do “czerwonej” strefy wiążę się z rygorystycznymi wymogami - między innymi wstrzymywana jest sprzedaż zwierząt. W praktyce- mięso jest zdrowe i przebadane, ale jest pretekst, żeby rolnikowi obniżyć zapłatę.

Jednym z postulatów AGROunii jest ściągnięcie stref ASF (który został przedstawiony na spotkaniu z ministrem rolnictwa), bo dziś strefy, które można było ściągnąć nawet półtora roku temu, nadal są nałożone. Urzędnicy nie robią, więc nic, by sytuację poprawić. Co w takim razie robi państwo, żeby pomóc? Na pewno nie zajmuje się najważniejszą kwestią - walką z ASF – mówią jednogłośnie rolnicy. 

- AGROunia domaga się ściągnięcia stref. Czerwona strefa jest bardzo rygorystyczna, zwierzęta z tej strefy nie mogą być wysłane poza rynek polski. A w Polsce nie walczymy z ASF. Rząd nic nie robi, żeby chociaż ograniczyć ASF. Np. wsparcie bioasekuracji - były dwa nabory na 7 lat. Mówią, że pomagają w bioasekuracji. Ja tego nie wymagam. Ja nie chcę żadnej jałmużny. Ja bym chciał dobrą cenę. Chciałbym zarabiać ciężką pracą. Żadne wsparcie nie jest sprawiedliwe - zaznacza Jarosław Wojtaszak. 
 

Bierność polityków rujnuje rolników
 

Na ostatniej konwencji PIS-u ws. rolnictwa politycy zapowiedzieli walkę z ASF czy z dominacją korporacji, jednak nikt już nie wierzy w to, że obecna ekipa rządząca może coś zmienić. 

- Mieli na to 6 lat. Obiecują 100 razy te same rzeczy. Niszczy nas bierność urzędników państwowych - nie ma kontroli nad nadmiernym importem, ani nad masowym sprowadzaniem do Polski gotowego mięsa przez supermarkety - dodaje Wojtaszek. 
 

Biedronka dolała oliwy do ognia 
 

Na rozchwianie się rynku wpłynęła też sieć Biedronka, która przez 7 lat nie sprzedawała mięsa z czerwonych stref ASF. Dostawcy, żeby wywiązać się z kontraktów z siecią, musieli sprowadzać mięso zza granicy, chociaż surowiec był dostępny w kraju. Dopiero we wrześniu bieżącego roku Biedronka, jako ostatnia sieć, zdecydowała się na zakup z gospodarstw czerwonych stref.

Taki supermarket, który ma 25 proc. rynku detalicznego może manipulować i to przez lata robił, doprowadzając do upadku wielu gospodarstw rolnych – wynika z rozmów z rolnikami.
 

Poprawa ceny - poprawa sytuacji 
 

- Co musiałoby się poprawić? Cena. Jeśli Duńczycy będą mieli zbyt, to cena wzrośnie - dodaje Jarosław Wojtaszak.

Przy wzroście kosztów produkcji hodowla się nie opłaca. 

- Sytuacja poprawiłaby się, gdyby cena za tucznika byłaby w miarę przyzwoita. Dzisiaj jest to 3,60 zł/kg, a w miarę przyzwoita cena to byłoby 6,50 zł/kg, ale dziś jest to wszystko tak dynamiczne, że nie można powiedzieć, że 6,50 zł/kg to będzie dobrze. Nie wiemy, co może być za miesiąc. Za miesiąc 6,50 zł/kg może być niewystarczające. Przecież jeszcze pół roku temu, jak było 5 zł/kg to się każdy cieszył, a dzisiaj to jest mało - mówi Andrzej Waszczuk. 
 

Co nas czeka bez poprawy? Rolnicy, szukając ostatniej deski ratunku, będą wiązać się z zagranicznymi firmami, co pociągnie za sobą upadek tradycyjnej, polskiej hodowli. W Polsce nie będzie już polskich produktów, tych bezpiecznych i zdrowych.

 

Dodaj komentarz

huntly.pl

Nasza strona korzysta z plików cookies, aby dowiedzieć się więcej przejdź do strony Regulamin i polityka prywatności

Akceptuję